czwartek, 16 maja 2013

4. Nieopisany smutek i szczęście.

                Dłonie założyłam splecione na piersiach, przyglądając się przyjaciółce. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, jedynie chłodną obojętność, która niemiłosiernie drażniła każdy mój nerw. Tupałam cicho nogą, czekając, aż powie, że to po prostu żart, cokolwiek.
                Ale wiedziałam, że to nie nastąpi.
                Westchnęłam cicho. Moja nadzieja okazała się złudna, chociaż domyślałam się, że Vera nie ma żadnego zamiaru tłumaczyć się z całej swojej wypowiedzi. Wypuszczając powietrze z płuc, pozwoliłam, aby dłonie opadły luźno przy talii.
                - Nie mam zamiaru się ciebie słuchać.
                - Domyśliłam się. - Vera zaśmiała się cicho. - Skoro jestem twoją dobrą przyjaciółką, powinnaś zastosować się do mojej dobrej rady, prawda?
                Moja jedna brew uniosła się ku górze w geście zdziwienia. Tym razem to ja się cicho zaśmiałam. Wiele sprzecznych ze sobą emocji targało mym ciałem. Złość, spokój. Smutek, radość. Uczucie silniejsze niż przyjaźń, ale również tymczasowe zdenerwowanie zaistniałą sytuacją. Związałam szybko włosy w wysokiego koka, po czym po prostu zwiesiłam ramiona po obu bokach bioder - jak wcześniej. Tym razem, że teraz wpatrywałam się w oświetlony napis klubu, który szczypał mnie w oczy. Słyszałam muzykę, głośną, spokojną melodię, która zaraz potem przeradzała się w metalową muzykę. Spokojnie, głośno, spokojnie, głośno.
                - Nie wiem jak ty, ale ja jadę do domu. Tobie radzę to samo. - odezwała się w końcu moja przyjaciółka, nie doczekując się mojej odpowiedzi na jej proste pytanie, które teraz wydawało mi się cholernie trudne. Wzruszyłam tylko ramionami, nawet na nią nie spoglądając. Odwrócona byłam do niej plecami, jakbym chciała pokazać, że nie chcę, aby do mnie cokolwiek mówiła. Nie potrzeba było jej tego uświadamiać. Ona dobrze wiedziała, że nie chcę słyszeć ciągłych rozkazów z jej strony. Zrób to, zrób tamto..
                - To przestań mi radzić. - odpowiedziałam spokojnie. - Jestem już dużą dziewczynką, która potrafi sobie radzić z przeciwnościami losu. Ale ty chyba dalej uważasz mnie za smarkulę, prawda?
                Mój ton był nad wyraz spokojny, kiedy w środku mnie gotowało, jakbym była wodą w garnku, a garnek był na gorącym palenisku. Po kilku sekundach ciszy, usłyszałam stukot obcasów.
                Zostałam sama.
             

                                                                ***

                Klub coraz bardziej napełniał się ludźmi, których pierwszy raz widziałam na oczy. Chłopaka, którego próbowałam wypatrzeć, nie było, albo po prostu ludzie przysłaniali mi na niego widok. Po kilkunastu minutach szukania, poczułam, jak ktoś wsuwa dłonie na moją talię.
                - Tyler. - mruknęłam, uśmiechając się delikatnie. Byłam wręcz stu procentowo pewna, że to ten sam chłopak, z którym tańczyłam pół godziny temu.
                - Pudło, skarbie. - gruby, zachrypnięty głos mężczyzny, który mnie trzymał, tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem cholernie naiwna.
                Na początku nie wyrywałam się. Mężczyzna, stojąc ze mną tuż obok tylnego wyjścia i schodów, mógł swobodnie sunąć dłońmi po moim ciele. Nie musiał również bać się tego, że zacznę wrzeszczeć i ochrona przyjdzie mi na ratunek. Nie było mnie słychać w tym zgiełku i kupce ludzi, którzy kiwali się do melodii.
                Zaczęłam się wyrywać dopiero, gdy chciał wsunąć mi dłoń do dekoltu górnej części sukienki. Nic to jednak nie dawało. Jego dłoń trzymała mnie kurczowo za biodro. Zacisnęłam mocno zęby, próbując wymierzyć mu z tyłu kopniaka. Niestety, nic nie pomogło.
                - Pomocy! - krzyknęłam w myślach, by powtórzyć tę czynność w formie prawdziwego, przerażonego krzyku, który wydobył się z mojego gardła. Niestety, słabo było słychać mój wrzask, a to tylko pogarszało moją sytuację. Nie wiedziałam, czy mężczyzna coś mi teraz zrobi, czy po prostu będzie się śmiać i kontynuować próby dobierania się do mnie na samym końcu klubu, który wypełniony był aż po brzegi. Nim jednak zdążyłam cokolwiek zrobić, wziął mnie na ręce i otworzył tylne wyjście z klubu. Szedł szybkim krokiem, jego oddech był urywany. Widziałam uśmiech błogości na jego twarzy, kiedy moje ciało wtulało się w jego ramiona. Brzydziłam się go.
                Zagryzłam mocno wargę, aby nie krzyknąć z bólu, gdy tylko otworzył drzwi małej chatki kopnięciem, po czym wyrzucił mnie w kąt. Podszedł do mnie z uśmiechem satysfakcji, łapiąc brutalnie moją nogę i przyciągając mnie do siebie. Bałam się. Tak cholernie się bałam.. Drżałam na całym ciele, modląc się w duchu, aby ktoś widział całą zaistniałą sytuację i poszedł za nami. Miałam nadzieję, że ktoś uratuje mnie z tego koszmaru.
               Zacisnęłam mocno powieki, widząc już, jak mój napastnik zaczyna całować moje ramiona, szyję, policzek, aż w końcu  usta. Smak alkoholu i potu, oraz jego brudnych łapsk, które pewnie spoczywały kiedyś na wielu innych dziewczynach, dotarł na moje usta. Krzyknęłam, choć bezgłośnie, czując, jak łzy spływają po moich policzkach. Przesuwał dłonią w dół i górę mego uda, tylko czekając na to, aby podwinąć moją sukienkę i wreszcie mnie zgwałcić.
                Odwrócił mnie tyłem do siebie, rozpinając już moją sukienkę i zsuwając ją z mych ramion, odsłaniając przy tym turkusowy stanik, na który aż się oblizał. Zacisnęłam mocno szczęki, kiedy językiem kreślił kółka na moim ramieniu i tuż przy piersi.
                 Zamknęłam oczy na tyle, aby nie widzieć jego twarzy. Był zadowolony z tego, co aktualnie robił. Wiedziałam i widziałam to w jego oczach, które już spoglądały z niemałą rozkoszą na mój biust i dolne partie ciała. Czułam, jak próbuje odpiąć mi stanik, gdy jednak ktoś go ode mnie odciągnął.
                 Otworzyłam powieki, ze strachem patrząc na swojego wybawcę. Kruczoczarny mężczyzna w garniturze, wraz z dwoma ochroniarzami, próbowali zgarnąć napastnika. Gdy odziani na czarno ochroniarze odeszli, zostałam sama z mężczyzną, który odwrócił się i spojrzał na mnie ze współczuciem. Jeszcze bardziej zasłoniłam ramionami swe nagie ramiona i biust, ażeby mężczyzna nie patrzał się akurat tam.
                - Nic ci się nie stało? - zapytał z troską. Dopiero wtedy poznałam ten głos. Uniosłam głowę.
                - Tyler! - pisnęłam, rzucając się na szyję memu wybawcy, który zachwiał się i ledwo nie upał na posadzkę. Ze śmiechem przytulił mnie, biorąc również na ręce, abym choć trochę się uspokoiła po całym zdarzeniu. Kilka minut temu bałam się, a teraz byłam w ramionach mężczyzny, który mnie uratował. I to dwukrotnie. Przed samotnym tańczeniem i zgwałceniem.
                - Skąd ty...? - zapytałam, gdy tylko choć odrobinę się uspokoiłam. Czy moje modły zostały wysłuchane i Tyler wiedział, że tu jestem?
                Zaśmiał się cicho, po czym wyszedł z chatki, kierując się w stronę swojego auta. Czarny garbus, rocznik 99.
                - Wiedziałem, że w końcu będzie można go złapać na kolejnym zgwałceniu dziewczyny. Zarzekał się, że już tego nie zrobi, ale ja wiedziałem swoje. - wzruszył, ot tak, ramionami, otwierając szybko drzwi od samochodu, po czym ,aby mnie nie puścić, wrzucił na tylne siedzenia. Zamknął drzwiczki, sam idąc na miejsce kierowcy. - Radziłbym zapiąć sukienkę. - odezwał się rozbawiony całą sytuacją.
                Posłałam mu karcące spojrzenie, po czym z lekkim trudem zapięłam tylny suwak sukienki, jak i również pasy. Oparłam policzek o chłodną szybę, gdy tylko Tyler odpalał silnik.
                - Nie jedźmy jeszcze. - poprosiłam cicho. Mój wybawca odwrócił się i spojrzał na mnie pytająco. - Chcę porozmawiać. To ważne. - dodałam, naciskając.
                Pokiwał tylko głową. Nękało mnie wiele pytań. Czy znał Verę? Ile ma lat? Czy kiedyś kogoś zamordował? A może był - jak i poprzedni mężczyzna, który próbował mnie zgwałcić - był gwałcicielem?
                - Nie, to jest niedorzeczne.. - mruknęłam do siebie cicho, wywracając oczyma, śmiejąc się z samych swych myśli.
                - Hm? - mruknął Tyler, przyglądając mi się badawczo. Zaśmiałam się cicho.
                - Nie ważne. Mam do ciebie kilka pytań. - uniósł brwi. - Nie będzie to nic strasznego. - zapewniłam pośpiesznie. - Jest jednak to dla mnie bardzo ważne, więc chcę, żebyś odpowiadał szczerze. Obiecasz?
                Znów jego badawczy wzrok objął całą moją osobę. Zagryzłam delikatnie wargę, czekając na jego odpowiedź. Naprawdę chciałam znać odpowiedzi na moje pytania.
                - Obiecuję. Charlotte, czy ja wyglądam na kogoś, kto by cię uratował a potem okłamywał? - zapytał ze smutkiem w głosie. A może tylko mi się tak wydawało?
                Pokręciłam głową. Oczywiście, że nie wydawał się mi akurat takim chłopakiem. Chciałam mu zaufać. Chciałam go poznać. Chciałam mieć go przy sobie jako wybawiciela.
                - Nie wyglądasz, Tyler. Zrozum, trudno jest uzyskać czyjeś zaufanie, szczególnie moje. Chcę cię po prostu bliżej poznać. - odpowiedziałam, dotykając jego ramienia. Po jego ciele przeszedł lekki dreszczyk. Czułam to.
                Pokiwał głową, chociaż czułam, że bił się ze swymi myślami.Uśmiechnął się do mnie delikatnie, odsłaniając białe jak śnieg zęby.
                - Lecisz, mała. - mruknął z rozbawieniem.
                - Tylko nie mała! - fuknęłam. - Ale do rzeczy. Znasz Verę?
                Chwila milczenia.
                - Tak.
                - Od jak dawna?
                - Od roku.
                - W jakich okolicznościach się spotkaliście?
                - Moi.. rodzice wyrzucili mnie z domu.
                - Czemu zależy jej na niej, abym się z tobą nie spotykała?
                - To moja prywatna sprawa. - odpowiedział z wahaniem.
                - Ha! Miałeś mówić szczerze! - mruknęłam, wskazując na niego palcem. Wiedziałam, że może nie chce o tym mówić, ale musiałam wiedzieć wszystko.
                - Char, czasem lepiej trzymać język za zębami. - westchnął. - Jedźmy, dobrze? - Gdy pokiwałam głową, odwrócił się i włączył silnik, po czym ruszył.
                Ja jednak wiedziałam, że dowiem się wszystkiego. Znał Verę. Jego rodzice go nie chcieli. Ile więc miał lat? Kim był? Kim była dla niego moja przyjaciółka?!

----------------
Szczerze? Rozdział jest do bani. Ale postanowiłam go dodać. Jest fatalny, fewegr. Ale nie mi się tu wypowiadać. Jest 22:30. Rozdział dedykuję Kice (bo tak bardzo go chciałaś ;*), ale wiedz, że ten rozdział jest naprawdę DENNY! Boże, aż się wstydzę, że to publikuję, naprawdę.
Brak czasu, brak weny. Nie mam weny, bo myślę o moim przyjacielu. Dalej nie wierzę, że po 3 latach się z nim pogodziłam. Proszę zostawiać mi linki do swoich blogów w zakładce SPAM, nawet, jeśli mam je w Ulubionych. Powiadamiajcie mnie o rozdziałach, a na pewno przeczytam je na telefonie, a na komputerze zostawię jakiś ślad.
Dziękuję za tyle wyświetleń i komentarze pod notkami. Wiecie pewnie, jak to motywuje! :)

                                                    Czytasz - Komentujesz

4 komentarze:

  1. Wcale nie jest DENNY! Sama kurde denna jesteś -.- :D Rozdział jest Zajebisty *.* Tak wciąga jak nigdy *.* I ten prawie gwałt *.* Mrrr :3 Czekam nn :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z koleżanką ;D
    Za takie gadanie głupot powinnaś dostać takiego kopa w dupę, żebyś zapamiętała to raz a dobrze! Nie chce więcej, czytać takich tekstów z Twojej strony! -.-
    Co do rozdziału to : Więcej, więcej, więcej! Te wszystkie emocje, które opisujesz są tak wspaniale opisane, że czuję jakbym sama miała być np. zgwałcona. Czego oczywiście nikomu nie życzę.
    Pamiętaj Maleńka, uważaj co tu do nas piszesz od autorki ;p
    Życzę weny ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Uważam, że rozdział nie jest denny :) Przede wszystkim jest jakaś akcja - czyli coś co uwielbiam. Naprawdę mi się podobało. I ten Tyler taki tajemniczy, wziął się znikąd :D
    Jedyne, na co na Twoi miejscu zwróciłabym uwagę to błędy w pisowni i powtarzanie wyrazów. Jeżeli chodzi o to drugie, to sama mam z tym problemy -.-
    Blog jest naprawdę fajny i mam nadzieję, że wena nie będzie Cię opuszczać :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie jest zajebiste czekam nn :*

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy